Wiedźmin (sezon 1), czyli toss a coin to your witcher, bo bieda

Last modified date

Comment: 1

Pisanie o “Wiedźminie” jest ryzykowne. Bo albo można dobrze, albo zaraz pojawią się rozhisteryzowani fani, którzy będą chcieli wydrapać ci oczy. Ok, abstrahując już od postaci, ta historia ma chyba najgorszy fandom, z jakim się zetknąłem. Jednocześnie to ten fandom jest motorem komercyjnego sukcesu produkcji z siwym nudziarzem w roli głównej.

A o czym ten tekst? Ten akurat o serialu Netflixa. Po wstępie pewnie już się domyślasz, że nie będę chwalił. Przyznaję bez bicia, wyzywania i waterboardingu, że nie jestem fanem “Wiedźmina”. Przy czym „Wiedźmin” to zjawisko już tak wieloaspektowe, iż wypada rozbić tę deklarację na części, aby była jasna. A więc tak:

  • książki czytałem wieki temu i pamiętam, że wtedy mi się podobały, ale nie ze względu na główną postać, lecz świat, postaci drugoplanowe i sprawny warsztat pana Sapkowskiego;
  • w grę grałem (mowa tu o 3 części) i uważam, że jest dobra, ale nie bardzo dobra (banalna i nudna główna fabuła to podstawowy zarzut);
  • polskiego serialu nie oglądałem, chociaż na mocy konwencji nie raz się z niego śmiałem. Po netflixowej premierze mam jednak ochotę wrócić do przeszłości i  zapoznać się z tą produkcją, bo coś czuję, iż mogłoby się stać niemożliwe i oceniłbym ją jako lepszą od tego, co wyprodukowano teraz.
  • serial “Wiedźmin” wyprodukowany przez Netflixa odebrałem jako bardzo przykrą niespodziankę.

 

I tak, wiem, iż film ten zdobył (i wciąż zdobywa) ogromną popularność. Ale co z tego? Ci, którzy podnoszą taki argument, jednocześnie pewnie nie byliby go skłonni stosować do innych przypadków, że np. disco polo to taka wartościowa muzyka, bo przecież na koncertach tłumy, a sprzedaż albumów bardzo dochodowa.

Dobra, skupmy się już na tym nieszczęsnym “Wiedźminie”. Kiepskich rzeczy w tym serialu jest tyle, że nie chce mi się ich wszystkich rozdrapywać. Ogólnie napiszę więc, iż poskładany jest on z elementów, których spora część jest wysokiej jakości (czuć piniondz), jednak zlepiono je w groteskową całość. Wina więc po stronie showrunnerki (Lauren S. Hissrich), bo ta produkcja jest właśnie ucieleśnieniem jej wizji.

Główne odium spada na nią, lecz mogę też rozliczać jej podwładnych. Np. odtwórca głównej roli, Henry Cavill. Jak napisał Miron Kądziela (blog Suchoty), to model, a nie aktor. Na scenie jest totalnym drewnem, co w sumie przewrotnie nawet mi pasuje do tak drewnianej postaci, jaką jest Geralt z Rivii. Gra Cavilla to pretensjonalne pomrukiwania i grymasy, które momentami godne są kiepskiego serialu komediowego i uzupełniłbym je śmiechem z offu. Wcześniej Cavill wcielał się m.in. w Supermana i teraz dociera do mnie to istotowe, głębokie pokrewieństwo tych dwóch postaci – Wiedźmin i Superman, drewniak i drewniak. Dwaj bohaterowie tak samo napompowani i nudni do oglądania.

W swoich zarzutach pominąłbym kilka rzeczy, które są wytykane temu serialowi, a mi akurat nie przeszkadzają. Np. pocięta chronologia. To konwencja narracyjna do zaakceptowania, o ile całość byłaby wciągająca. Czy postać Jaskra – kupiłbym Joey’a Batey’a. W gruncie rzeczy, to nawet go kupuję. To jedna z łatwiej strawnych kreacji w “Wiedźminie”, chociaż zastosowanie do głównego duetu oklepanej ramki w typie Shrek i Osioł to sztampa niewybaczalna. W ogóle mam wrażenie, że kino zaczyna przypominać starożytny grecki teatr – coraz bardziej opiera się na stałym zestawie motywów i postaci, odgrywanych wciąż i wciąż na nowo, w zmienianym settingu. Sporej części widowni to pasuje, bo brak nowości minimalizuje wysiłek wkładany w zapoznawanie się z nową historią, a tym samym ułatwia jej konsumpcję. Są jednak i tacy, jak ja, którzy nad tym ubolewają i żyją według maksymy „Po co iść na nowy film Marvela? Widziałeś jednego Marvela, widziałeś wszystkie Marvele”.

W recenzji grudniowego numeru Nowej Fantastyki pisałem, że zamieszczone w niej wywiady z twórcami tego serialu sprawiły, iż zacząłem czekać na jego premierę, mimo że wcześniej było mi to obojętne. No i dałem się nabrać na okrągłe gadanie, bo serial jest rozczarowaniem. Dałbym mu ocenę średnią, jakieś 5 lub 6 na 10, powiedzmy, z tym że trafiają się w nim momenty spadające poniżej tego poziomu. Chociażby scena walki, pod koniec której Yennefer dramatycznym rzutem ciała synchronizuje ruchy z Wiedźminem, wpada mu w ramiona, krzycząc, aby aktywował znak Aard i gdy przeciwnicy lecą w powietrzu, odrzuceni siłą magii, Yennefer i Geralt łączą się w namiętnym pocałunku. I to w slow motion. Litości. Ta superprodukcja mogłaby lecieć w telewizji w dzień powszedni, w godzinach południowych, i nie odbiegałaby poziomem.

To by było na tyle. Nie chce mi się dłużej męczyć tego tematu. Cieszę się, że mam tę recenzję za sobą i ubolewam nad tym, iż pewnie z ciekawości obejrzę kolejny sezon.

 


Podobało Ci się? Wspieraj moje pisanie:

Postaw mi kawę na buycoffee.to


NA MARGINESIE:

  • W tym wszystkim najbardziej cieszy mnie sukces Andrzeja Sapkowskiego. To musi być coś niesamowitego (chociaż tez pewnie nie zawsze przyjemnego) – obserwowanie, jak wykreowana samodzielnie historia zaczyna żyć własnym życiem, staje się elementem globalnej popkultury i rozprzestrzenia się na jej kolejne obszary. Tym bardziej miło mi na to patrzeć ze względu na to, iż pan Sapkowski zachował swój styl (nie pasujący wielu osobom), co widać chociażby w wywiadzie udzielonym serwisowi io9. Tak, to ten słynny wywiad, w którym autor stwierdza, że nie angażował się zbytnio w produkcję serialu, bo nie lubi ciężko pracować. Wypowiedzi Sapkowskiego są miłą kontrą dla pr-owo wygładzonej i uśrednionej komunikacji firm robiących biznes na bazie jego pomysłów. To pozwala mi wierzyć, że gdzieś tam głęboko w Wiedźminie jednak jest coś, co da się lubić. I być może znajdę to, gdy kiedyś ponownie sięgnę po książki opisujące przygody Geralta z Rivii.

Trailer „WIEDŹMIN” (Netflix), sezon 1

Maciek

O AUTORZE: Czterdziestolatek, szczęśliwy mąż i tato. Bardzo lubię czytać, zarówno książki fabularne, jak i wiedzowe, chociaż ostatnio mam na to niewiele czasu. Hobby to także granie, obecnie na PS4 (z grami komputerowymi jestem zrośnięty jak z książkami, bo gram od czasów 8-bitowego Atari). Pisać lubię i muszę - to od zawsze moja naturalna potrzeba. Tego bloga założyłem, aby od czasu do czasu tę potrzebę zaspokoić.

1 Response

  1. Recenzję można skwitować krótko.
    „Kiepskich rzeczy w tym serialu jest tyle, że nie chce mi się ich wszystkich rozdrapywać.”
    Skoro nie wchodzisz w szczegóły, to po co ten cały wpis? Sam nie byłem zachwycony serialem, ale pisanie recenzji tylko po to, żeby napisać „wiedźmin zły” wygląda jak zwykła próba zyskania odrobiny uwagi od fanów serialu. Tani chwyt.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Post comment