Rocksmith – recenzja gry. Jak (nie) zostałem gwiazdą rocka.

Last modified date

Comments: 0

Rocksmith to przykład na to, jak współczesna technologia, oprócz dobrej zabawy, daje też możliwość zdobywania nowych umiejętności. Dzięki tej grze muzycznej w każdej wolnej chwili możemy siąść przed telewizorem, chwycić gitarę elektryczną i zacząć się uczyć na niej grać. Nauczycielem będzie konsola – cierpliwa, wybaczająca i bacznie obserwująca nasze postępy.

Z dwa lata temu wymyśliłem sobie, że nauczyłbym się grać na gitarze. Nie to, że mam jakieś ambicje z tym związane – po prostu fajnie by było umieć grać, dla siebie, jak też kusi samo zdobywanie nowej umiejętności, poznawanie czegoś dotychczas nieznanego i zmuszanie swojego umysłu oraz ciała, aby dokonały rzeczy dotychczas niemożliwych. Pożyczyłem gitarę i próbowałem samodzielnej nauki, głównie na podstawie internetowych tutoriali, lecz to skończyło się tak szybko, że niemal się nie zaczęło. Doszedłem do wniosku, że przy moim braku sumienności i zaparcia musiałbym to wrzucić w jakieś ściśle określone ramy, usystematyzować proces edukacji, aby w ogóle była szansa, iż przy tym wytrwam. Musiałbym więc opłacić nauczyciela i brać udział w ustalonych harmonogramem lekcjach. Pomysł ok, jednak pojawiło mi się kilka obowiązków, które zmusiły mnie, abym odsunął to na później. A “później” odwlekło się nieco, aż urodził mi się synek. Przy synku z kolei czas wolny stał się towarem totalnie deficytowym, a do tego o nieprzewidywalnym modelu dystrybucji – zdarza się, że jest, ale nigdy nie wiadomo kiedy i ile go będzie.

Myślę, iż powyższa sytuacja, po lekkiej modyfikacji, pasuje do wielu osób. Gdy się ją zgeneralizuje do ogólnego twierdzenia, że po prostu czasu brak, pasuje niemal do wszystkich. I jak w takiej sytuacji zająć się nauką gry na gitarze?

Odpowiedź jest prosta: Rocksmith. To gra muzyczna Ubisoftu, która pozwala uczyć się grać na prawdziwej, elektrycznej gitarze. Oznacza to, że do gry musisz jeszcze dokupić gitarę. Oraz specjalny kabel (real tone cable), łączący instrument z konsolą, za pośrednictwem portu USB. Dzięki temu kablowi konsola “słyszy” twoje granie. Działa to na tyle skutecznie, iż możesz (a nawet musisz) nastroić swoje wiosło, bazując na prostej, automatycznej procedurze umieszczonej w grze. Gdy już jest nastrojone, zaczyna się kariera gwiazdy rocka…

…ok, niekoniecznie, ale przyznam, iż Rocksmith daje ci wszystko, co potrzebne, aby przy odpowiednim zaparciu nauczyć się grać. Aplikacja zawiera zbiór lekcji, dzięki którym nauczysz się poszczególnych technik gry. Jednak największym smaczkiem jest biblioteka utworów muzycznych. Służą one jako materiał edukacyjny. Przede wszystkim możesz je po prostu grać. Na ekranie pojawia się trójwymiarowa matryca z zaznaczonymi progami. Na niej wyświetlają się kolorowe znaczniki informujące cię, co masz w danym momencie zagrać. W praktyce – nie musisz nawet znać nut, po prostu dociskasz wskazywane przez Rocksmith miejsca. Brzmi banalnie, ale banalne nie jest, o ile rzeczywiście nie umiesz jeszcze grać.

Algorytm uczący obserwuje twoje poczynania i odpowiednio dobiera poziom trudności. Zaczyna się od pojedynczych nut, co nie sprawia większej trudności nawet kompletnym lamusom, takim jak ja. Jednak sytuacja szybko się zmienia – gra nie pozostawia cię w strefie komfortu i gdy zauważy, że już mniej więcej coś opanowałeś, podnosi poprzeczkę. Na pewno jest to bardzo efektywny sposób nauki, lecz jednocześnie sprawia, iż Rocksmiht niekoniecznie jest relaksującą rozrywką ;)

Druga opcja związana z biblioteką utworów, to lekcje tworzone na ich bazie. Z tego, co zauważyłem, zazwyczaj nawiązują one do tego, jak szło nam granie utworu. Po takim wykonaniu w lekcjach pojawiają się np. fragmenty, które szczególnie mocno pokaleczyliśmy. Możemy je powtarzać do bólu, ćwicząc poszczególne chwyty, a algorytm, jeśli nie dajemy rady, zacznie nam zmniejszać tempo odtwarzania utworu.

Poza powyżej opisanymi trybami są jeszcze inne smaczki Rocksmitha, ale nie będę w nie wnikał, bo też nie poświęciłem im zbyt wiele czasu siedząc przed TV. To np. proste gry zręcznościowe, ze sterowaniem bazującym na granych chwytach (sic) czy tryb wolnej sesji, gdzie możemy sobie skonfigurować sprzęt do grania (czyli uzyskać odpowiednie brzmienie), dodać perkusję i po prostu grać. O ile się umie.

Wspomniałem, że Rocksmith to nie jest lekka rozrywka. Nie oznacza to jednak, iż nie jest to świetna gra. Po prostu wiąże się ona ze zdobywaniem nowej umiejętności i, wydaje mi się, nauczanie odbywa się tu całkiem sprawnie, a nieuniknioną tego konsekwencją jest duży poziom trudności i wymagany przy tym wysiłek. Dlatego, jeśli nie umiesz grać, a chcesz wycziliować, to niekoniecznie jest to dobry wybór – może sprawić, iż wejdziesz w buty rockmana, ale tylko dzięki temu, że roztrzaskasz gitarę (np. o telewizor, w przypływie frustracji). Jeżeli zaś chcesz się nauczyć grać lub umiesz już, ale szukasz narzędzia do wyszlifowania umiejętności lub do jamowania – polecam. Rocksmith rocks!

Trailer „Rocksmith” (PS4)

 

Maciek

O AUTORZE: Czterdziestolatek, szczęśliwy mąż i tato. Bardzo lubię czytać, zarówno książki fabularne, jak i wiedzowe, chociaż ostatnio mam na to niewiele czasu. Hobby to także granie, obecnie na PS4 (z grami komputerowymi jestem zrośnięty jak z książkami, bo gram od czasów 8-bitowego Atari). Pisać lubię i muszę - to od zawsze moja naturalna potrzeba. Tego bloga założyłem, aby od czasu do czasu tę potrzebę zaspokoić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Post comment