Manufaktura parasoli pana Witolda

Last modified date

Comments: 0

– Nie wiem, czy to się do czegokolwiek jeszcze nadaje. Naprawi to pan?
– Hm… rzeczywiście… mogę spróbować. Niech pan przyjdzie w czwartek.
Wanda zgrabnie przesunęła się na bok, przepuszczający wychodzącego klienta. Starszy mężczyzna był mniej więcej w wieku jej dziadka. Tyle, że zamiast jasnej, sympatycznej twarzy, sprawiał wrażenie zaciętego i ponurego, co uwidaczniało się w ostrych, napiętych rysach. Wychodząc obdarzył ją uśmiechem tak smutnym, że mimo antypatycznej aparycji wzbudził jej sympatię.
– Do widzenia – pożegnała go odwzajemniając uśmiech i wróciła do zamiatania. Gdy po kilku minutach skończyła pracę, stanęła wsparta na miotle, z zadowoleniem oglądając wnętrze warsztatu. Dziadek Witold stał pochylony nad ladą i przyglądał się rozłożonemu na niej parasolowi. Musiał tak tkwić bez ruchu od momentu, gdy wyszedł klient, który zostawił mu do naprawienia ten przedmiot.
– Czy wszystko z tobą w porządku, dziadku?
Pan Witold uśmiechnął się na wpół przytomnie, poprawił zjeżdżające mu z nosa okulary i machnął niedbale ręką:
– Tak, tak, po prostu ten parasol… jest bardzo zepsuty.
Wanda podeszła do niego i przyjrzała się pozostawionemu zleceniu. Była to luksusowa rzecz, wykonana z drogich materiałów. Na pewno przedwojenna, teraz nikt takich parasoli nie robił, bo nikogo nie było na nie stać. Miasto dopiero odżywało po wojennej pożodze.
– No tak, trochę pokiereszowany. Nie dasz rady?
– Hm. – Dziadek Witold dłuższą chwilę wisiał pochylony nad parasolem, najwyraźniej błądząc myślami gdzie indziej, po czym odparł z zadumą: – Muszę dać radę.

Ta prosta deklaracja była czymś bardzo typowym w jego życiu. Nie dano mu posmakować luksusu niezdecydowania. Jako młodzieniec wziął udział w wielkiej wojnie, po zakończeniu której już każdego dnia modlił się o to, by taki koszmar nigdy się nie powtórzył. Niestety jego modlitwy położone na przeciwnej szali z grzechami innych ludzi nie przeważyły i już jako dojrzały mężczyzna trafił w piekło kolejnego światowego konfliktu. Nie chciał walczyć, nie lubił walczyć, wręcz brzydził się przemocą, odnajdywał się zaś w czynnościach spokojnych i wymagających dokładności. Mimo to z poczucia obowiązku – walczył. Zamiast osiągać mistrzostwo rzemieślnicze w cichym, pachnącym drewnem warsztacie, tkwił w błotnistych okopach, codziennie oglądając sceny, których nikt widzieć nie powinien, bo odbierały wiarę. Jego dłonie codziennie zamiast nadawać rytm precyzyjnym narzędziom, trzymały toporny karabin. Codziennie też zamiast cierpliwie nadawać kształt opornej materii, zadawał śmierć anonimowym ludziom z wrogiej armii. Zresztą, to pojęcie – wroga armia – nie było nigdy określeniem, które pojawiało się w jego myślach. O tych, z którymi walczył, myślał raczej tak, jak o sobie – jako o ofiarach jakiegoś osobliwego, historycznego kataklizmu, jak o okruchach, które wkręciły się w tryby wojennej machiny i przez te tryby zostaną starte na proch. Anonimowo i bezcelowo. Jak można czuć wrogość do kogoś anonimowego i bezcelowego? Umierającego tuż przed tobą i błagającego cię o coś w niezrozumiałym języku, tysiące kilometrów od swojego domu. Wobec kogoś takiego można tylko czuć litość. I właśnie to uczucie towarzyszyło panu Witoldowi przez cały pobyt na froncie, a nawet później, gdy jako jeniec trafił do obozu, gdzie tylko utwierdził się w przekonaniu, że na wojnie nie ma podziału na złych i dobrych, na wrogów i przyjaciół. W obozie mógł liczyć na przebłysk człowieczeństwa lub okrucieństwo tak samo ze strony rodaka, więźnia innej narodowości, jak i strażnika. Zdarzało się, że ten lub inny strażnik wykonywał wobec niego jakiś gest sympatii, i w geście tym pan Witold wyczuwał cichą rozpacz tego anonimowego, bezcelowego pyłku mielonego żarnami wielkiej machiny. Byli też oczywiście i tacy, którzy nigdy nie uczynili nic dobrego – maszerowali zgodnie z rytmem diabelskich mechanizmów, albo bojąc się wyłamać z tego porządku, albo odnajdując w sobie ten sam ślepy pęd do bezinteresownego okrucieństwa. Jednak ta druga motywacja była rzadkością. Większość z nich wydawała się panu Witoldowi po prostu zbyt słaba, aby iść swoją drogą, aby obrać inny kierunek, niż ten, którym teraz podążała większość. W obozie jeden ze strażników, niejaki Jorgen Flatz, miał osobliwe zamiłowanie do pastwienia się nad nimi. Regularnie robił naloty na barak i włąsnoręcznie przetrząsał wtedy ich prycze w poszukiwaniu czegokolwiek, co łamało regulamin i za co mógł wymierzyć fizyczną karę. Pan Witold dostrzegał jednak we Flatzu coś pozytywnego – kary były co prawda intensywne, ale krótkie. Nie groziły śmiercią, ani nawet kalectwem. Co najwyżej siniakami. To było coś, w końcu był on panem ich losu i nic go nie ograniczało przed posunięciem się dalej. Było w nim więc coś właściwego i słusznego. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że coś dobrego. Dla pana Witolda taka cecha była jak prawidłowa funkcja przedmiotu, który trzeba naprawić, tak aby ponownie działał tak, jak zaplanował to jego twórca. Naprawić człowieka. Naprawić obóz. Naprawić ten świat, bo wojna to była jedna, wielka usterka. Z tym pan Witold musiał dać sobie radę. Zabrał się więc do roboty i naprawił parasol tak dobrze, jak tylko potrafił. Gdy klient wrócił kilka dni później, pan Witold z przyjemnością obserwował powstrzymywany uśmiech miłego zaskoczenia, jaki wywołał w nim mistrzowsko odnowiony przedmiot.
– To naprawdę świetna robota – stwierdził mężczyzna o ostrych rysach.
– Dziękuję. Starałem się zrobić to dobrze, panie Flatz.
Mężczyzna wlepił w niego przerażony wzrok. Wyglądał teraz jak uciekające zwierzę, które sfora psów zagoniła w ślepy kąt.
– Proszę…
– Ale nie o to chodzi! – przerwał mu z zakłopotaniem pan Witold. – Niech pan się nie obawia, ja pana nie wydam.
Flatz przełknął ślinę. Dłonie trzęsły mu się tak, że ledwo trzymał w nich naprawiony parasol.
– A więc czego pan chce? Pieniędzy?
– Już mi pan zapłacił. To wystarczy. Nie chcę od pana niczego więcej.
Flatz chciał coś jeszcze powiedzieć, ale tylko otworzył usta i po chwili je zamknął, jakby do głowy nie przyszło mu już nic co miało sens. Obrócił się i ruszył do wyjścia. Zniknął ze sklepu jak rozproszony światłem cień i tylko drgający w powietrzu dźwięk przyczepionego do drzwi dzwonka świadczył o tym, że Flatz nie był złudzeniem. Pan Witold pokiwał głową, poprawił zjeżdżające mu z nosa okulary i sięgnął po kolejny parasol do naprawienia.

Maciek

O AUTORZE: Czterdziestolatek, szczęśliwy mąż i tato. Bardzo lubię czytać, zarówno książki fabularne, jak i wiedzowe, chociaż ostatnio mam na to niewiele czasu. Hobby to także granie, obecnie na PS4 (z grami komputerowymi jestem zrośnięty jak z książkami, bo gram od czasów 8-bitowego Atari). Pisać lubię i muszę - to od zawsze moja naturalna potrzeba. Tego bloga założyłem, aby od czasu do czasu tę potrzebę zaspokoić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Post comment