Dwóch papieży, czyli otwieranie konserwy

Krótka charakterystyka, jaką mógłbym dopasować do filmu “Dwóch papieży”, to jednocześnie antyrekomendacja kompletnie rozmijająca się z moim gustem. To film oparty na dialogu. A tego nie cierpię. Nie cierpię przegadanych filmów i nie wiem sam, czemu to włączyłem. No dobra, chyba chodziło o trailer i być może o Jonathana Pryce’a. Grunt jednak, że okazało się, iż nie warto trzymać się swoich nawyków – bardzo dobrze mi się to oglądało.

Pisząc recenzję filmu traktującego o Watykanie, a konkretniej jeszcze – o papieżach, czyli o samej korze czołowej mózgu Kościoła Katolickiego – powinienem pewnie czuć się zobowiązany do konfrontowania tego z długiem moralnym, jaki ma ta organizacja wobec wielu ludzi. Jednak postaram sobie to podarować. Skupię się na samym obrazie i bardziej ogólnej, historiozoficznej jego wymowie.

Historia rozpoczyna się w 2005 roku, podczas konklawe, na którym wybrano kardynała Ratzingera na papieża (Benedykta XVI). Jednym z kandydatów ze sporą liczbą głosów jest także kardynał Bergoglio (obecny papież Franciszek). Bergoglio wraca do swojej parafii w Argentynie i decyduje się na ponowną wizytę w stolicy Kościoła dopiero w 2012 roku, aby dopiąć sprawę swojej rezygnacji ze stanowiska. Jego korespondencja pozostaje bez odpowiedzi, więc Bergoglio decyduje się załatwić to osobiście. W ten sposób rozpoczyna się główny rozdział filmu – spotkanie dwóch papieży. Dwóch osób o kompletnie odmiennym charakterze, innej wrażliwości, jak też różnym spojrzeniu na Kościół i jego rolę w świecie.

O dychotomii “Dwóch papieży” chcę napisać z dwóch perspektyw. Jedna to warsztatowa, druga – narracyjna.

Jak Pryce z Hopkinsem

Warsztatowo jest to film całkowicie oparty na grze dwóch aktorów – Anthony’ego Hopkinsa i Jonathana Pryce’a. Pryce’a, mimo mojej samodzielnie zdiagnozowanej prozopagnozji, rozpoznaję bez problemu od czasu, gdy wcielił się w niepokojącego High Sparrowa w “Grze o tron”. Hopkins jest w kinie od zawsze i od zawsze gra świetnie, więc też go rozpoznaję. Dostałem tu więc aktorski duet, który doceniam i który mnie przyciąga, mimo że aktorzy są u mnie zazwyczaj ostatnią składową filmu, na którą zwracam uwagę.

Obydwaj panowie mistrzowsko wywiązali się ze swojego zadania, odnajdując w sobie typy ekspresji świetnie oddające charakter odgrywanych postaci. Hopkins jest lepszym Ratzingerem niż sam Ratzinger, a Pryce – lepszym Bergoglio. Oglądanie ich w akcji, czyli po prostu śledzenie długich dialogów, jest zajmujące, nawet jeżeli nie przepada się za takim kinem. Ja nie lubię gadulstwa na ekranie, nie kupują mnie nawet takie postmodernistyczne słowotoki jak u Tarantino, lecz w przypadku “Dwóch papieży” chłonąłem każde słowo, gest i grymas. Pewnie duże znaczenie ma wiek aktorów – z czasem ludzka twarz nabiera znaczenia i można w niej czytać jak w bibliotece ciekawych historii.

Jak Ratzinger z Bergoglio

Drugie ujęcie duetu to spojrzenie fabularne, czyli skupienie się na postaciach i tym, co za nimi stoi. Konstrukcja dialogu to prosty schemat, nie mamy tu do czynienia z jakimś wyjątkowo skomplikowanym fikołkiem intelektualnym – Benedykt XVI to głos konserwatywny, Franciszek to głos postępowy. Jednak te wektory umieszczone w przepastnym i bezwładnym cielsku tak ogromnej organizacji jak Kościół Katolicki, skręcają się pod naporem tradycji, polityki i odpowiedzialności, tracąc swoją jednoznaczność. Ostatecznie Bergoglio nie jest przecież też wywrotowcem, który przyszedł wysadzić omszałe mury watykańskich gmachów. Chce zmiany, lecz w tym pragnieniu pozostaje nieodrodnym synem tej organizacji. Jest rzymskim katolikiem, duchownym, pragnie sprawić, aby jego Kościół był tym, czym, według niego, chciał go uczynić Bóg. I tym wygrywa z Ratzingerem, bo on, jak sam przyznaje, już Boga nie słyszy i kieruje się jedynie tradycją oraz swoimi coraz słabszymi przeczuciami.

Przez Ratzingera i Bergoglio przemawia historia. Dla mnie ich rozmowy były jak scholastyczny dialog, w którym nowożytni Ojcowie Kościoła próbują ustalić nową wizję religii, jednocześnie starając się po omacku oddzielić swoje preferencje i uprzedzenia od historycznej, czy też teistycznej, konieczności.

O czym nie napisałem?

Jak już wspomniałem – pisanie o tym filmie wzbudza moralną powinność odniesienia się do tego, co codziennego może się kryć za abstrakcyjnymi, papieskimi dywagacjami. Za każdym politycznym ogólnikiem stoją tysiące konkretnych, życiowych sytuacji, które często dla Kościoła nie są chlubą. Miałem o tym nie pisać, a już coś napisałem. Uznajmy, że tyle wystarczy – nie sądzę, aby powierzchowna krytyka coś dała, a na konstruktywną nie znajduję tu miejsca.

Z przyjemnością za to odniosę się do samej postaci papieża Franciszka. Lubię go, podoba mi się to, co robi, np. że w końcu, jako najwyższy kościelny oficjel, zwrócił uwagę na rzeczy takie jak ekologia i to jeszcze postuluje uczynienie nieekologicznych zachowań grzechem. Lubię go za notoryczne odrzucanie blichtru i przepychu, np. przyjęcie Dacii Duster jako papamobile. How cool is that? No właśnie – “how cool”. Są we mnie obawy, że to może zbyt cool jest wszystko i jest to granie na trendach oraz emocjach. Mam nadzieję jednak, iż nie – że papież Franciszek rzeczywiście jest Franciszkiem, kocha nie tylko człowieka, ale całość boskiego stworzenia i przypomni Kościołowi o jego prawdziwej tożsamości, ukrytej gdzieś głęboko w zapomnianych fragmentach Biblii i teologicznych traktatów.

Na mój odbiór “Dwóch papieży” na pewno ta sympatia miała duży wpływ. Nie zmieniło to faktu, iż retrospekcyjne sekcje filmu, dotyczące właśnie przeszłości Bergoglio, uważam za słabe i w sumie to zbędne. Niezależnie od tego potknięcia, uważam, że jest to film dobry i warty zobaczenia. Znajdziecie go na Netflixie.


NA MARGINESIE:

  • Azaliż nie byłoby grzechem pominąć milczeniem piosenkę „Ciao bella, ciao”, która przewija się przez film i gra w głowie długo po jego zakończeniu?

Trailer „Dwóch papieży”

Maciek

O AUTORZE: Czterdziestolatek, szczęśliwy mąż i tato. Bardzo lubię czytać, zarówno książki fabularne, jak i wiedzowe, chociaż ostatnio mam na to niewiele czasu. Hobby to także granie, obecnie na PS4 (z grami komputerowymi jestem zrośnięty jak z książkami, bo gram od czasów 8-bitowego Atari). Pisać lubię i muszę - to od zawsze moja naturalna potrzeba. Tego bloga założyłem, aby od czasu do czasu tę potrzebę zaspokoić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Post comment