Deadlight – recenzja gry. Nieumarli nie umrą nigdy.

Last modified date

Comments: 0

Zombie, zombie, zombie, dobrych zombie nigdy dość – podśpiewywałem sobie, włączając grę Deadlight: Director’s cut. To niskobudżetowa produkcja, którą upolowałem na wyprzedaży Ps Store. Odkrywanie uroku indyków to wielka zaleta cyfrowej dystrybucji i oferowanych w niej obniżek cen. Przypomina mi to czasy z ośmiobitowych początków grania, gdy wracało się do domu z dyskietką lub kartridżem wypchanym nieznaną zawartością i przez następne godziny odkrywało całą bibliotekę nowych produkcji. Z tym, że wtedy w 90% przypadków był to crap. A na pleju, o ile wybierze się sensownie, niezależne gierki dają sporo frajdy i trzymają poziom. Podsumowanie to dotyczy także Deadlight, które nabyłem w wersji reżyserskiej, czyli Director’s cut. Nota bene – tylko ona jest dostępna na PS4. Ale o tym za chwilę.

Long story short

Na początek trochę historii. W 2012 hiszpańskie studio Tequila Works wypuściło na platformy Xbox 360 oraz PC grę Deadlight. W 2016 zdecydowało się odświeżyć tytuł, zremasterować go i przy tej okazji udostępnić na nowych platformach – Xbox One oraz Playstation 4. W pierwszą wersję nie grałem, jednak z tego, co czytam w recenzjach, remaster nie jest żadną rewolucją. Co wcale zarzutem nie jest, bo to dobra gra. Podciągnięto trochę grafikę i sterowanie, ale gameplay został ten sam. Ma pewne wady, jednak nie niszczą one satysfakcji z rozgrywki.

Tyle jeśli chodzi o prawdziwą historię, teraz przejdźmy do tej wymyślonej. Fabuła Deadlight to naprawdę nic odkrywczego i świeżego. Już sam setting nie ma ambicji oryginalności – świat po apokalipsie zombie. Akcję osadzono w latach 80., w Seattle. Bohater, Randall Wayne, przemierza miasto w drodze do bezpiecznej strefy, gdzie ma nadzieję dołączyć do rodziny i przyjaciół. Jak sami widzicie – ograne schematy. Jednak siła Deadlight nie tkwi w zaskakiwaniu, lecz w klimacie. Gierka jest dobrze zrobiona pod względem estetycznym i, mimo niedostatków sterowania, granie w nią jest przyjemne.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ależ piękna ta brzydota!

Deadlight to sidescrollowana, dwuwymiarowa platformówka, z elementami zręcznościowymi, logicznymi i strzelaniem. Wg mnie trudność tych elementów nie jest zbyt duża. Asem nie jestem, nie lubię wyzwań, więc łatwo mnie zniechęcić. A w Deadlight rzadko się zdarzało, iż czułem się poirytowany tym, że mi nie idzie. Zazwyczaj szło płynnie, przy odpowiednim natężeniu uwagi, co uważam za świetne wyważenie poziomu trudności.

Wracając do wspomnianej oprawy estetycznej, to mocne są tu zarówno grafika, jak i dźwięk. Grafika to mroczna, raczej realistyczna sceneria 2D, z mnóstwem cieni. Wg mnie Deadlight daje jedno z ładniejszych przedstawień metropolii opustoszałej po epidemii wirusa zombie. Podróżując po Seattle naprawdę czuć atmosferę martwego, pełnego upiorów miasta. Czuć ciężar tej historii. Udźwiękowienie jest dobre, łącznie z dialogami. No i do tego muzyka Davida Garcii Diaza, dobra lub nawet bardzo dobra… kurcze, gdy teraz, pisząc tę recenzję, wracam wspomnieniami do Deadlight, widzę, że to naprawdę ładna gra, stojąca na wysokim poziomie artystycznym. Jak wspominałem, nie jest to majstersztyk gameplay’owy, jednak mimo to warto w to zagrać. Tym bardziej, iż ukończenie tytułu to kwestia zaledwie kilku godzin. I są to przyjemnie spędzone godziny, na przeżywaniu dobrze opowiedzianej historii, złożonej ze współczesnych toposów.


NA MARGINESIE:

  • Pełna cieni grafika Deadlight potrafi czasami ukryć to, co twórcy niekoniecznie chcieli ukryć. Zdarzało mi się ślepić do ekranu, żeby w końcu wypatrzyć jakiś kluczowy dla gry element scenerii.
  • Niemal w każdej recenzji tej gry trafiam na stwierdzenie, że amunicji jest mało i raczej się nie strzela, tylko korzysta z broni białej. Ok, rzeczywiście nie ma jej jakoś bardzo dużo. Jednak z drugiej strony ta gra nie jest nastawiona na konfrontacje i w moim przypadku przez większość czasu miałem zapas amunicji. Nie pakowałem się w bezsensowne strzelanie, lecz także w razie potrzeby nie oszczędzałem. Z tego, co zauważyłem, w miejscach, gdzie rozgrywka wymaga zużycia większej liczby naboi, zazwyczaj umieszczono też jej niewyczerpane (?) źródło, np. zwłoki policjanta, z których możemy wyciągać amunicję do woli. Limitem jest niewielka pojemność naszego bagażu. I jest to limit dużo bardziej życiowy niż w większości gier, tj. nawet gdy dorwiemy się do wielkich zapasów, nie zamieniamy się w chodzący arsenał, naboje liczymy na sztuki.
  • Nie rozumiem jaki fabularny sens miało znajdowanie przez Randalla jego własnych notatek oraz powracające co jakiś czas, surrealistyczne wizje z przeszłości. Przez większość gry byłem przekonany, że wyniknie z tego jakaś choroba psychiczna i twist, iż wszystko było majakiem chorej głowy, jednak na koniec… był po prostu koniec. Nie zostało to podsumowane w żaden sposób. Lub coś przeoczyłem, co nie byłoby w sumie zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, jak pobieżnie traktuję w grach fabułę ;)
  • Deadlight: Director’s cut udostępnia dodatkowy tryb gry – Survival mode. Jeszcze do niego nie siadłem, bo przerzuciłem się już na inną gierkę (Watch dogs 2). Jeżeli wrócę, to postaram się tu coś dopisać na temat tego wariantu rozgrywki.
  • Soundtrack z Deadlight możecie odsłuchać tutaj – https://youtu.be/_j2N-w1ir1c

TRAILER „DEADLIGHT: DIRECTOR’S CUT” (PS4)

„DEADLIGHT: DIRECTOR’S CUT” (PS4) – galeria

Maciek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Post comment